Karol Sienkiewicz

Malarz wstydliwy, boć to z polskiej ziemi

Dzięki wystawie w Zachęcie Wilhelm Sasnal przestał być tylko produktem eksportowym, nagle okrzyknięto go „dumą (wszystkich) Polaków”, którzy zachęceni słowami naczelnej krytyczki kraju Doroty Jareckiej ruszyli do galerii, by spełnić swój obywatelski obowiązek.

Kiedy Sasnal nie maluje obrazów, próbuje wyrażać swą „niezgodę na to, co dzieje się w tym kraju”. Opowiada się po lewej stronie. Nawet płacze na „Brokeback Mountain” (komiks), ale z bawiącym się lalkami synem idzie do psychologa – a nuż coś z nim nie tak, co z kolei budzi w nim kolejne fale wstydu – za własne obawy – w końcu cóż złego w lalkach (wypowiedź dla magazynu „DIK”). Poza tym podróżuje, pije dobre wino, ogląda stare filmy. No i co jakiś czas myśli o opuszczeniu Tego Kraju, w zależności od partii u jego steru (za którą też się wstydzi).

Kiedy Sasnal wraca nad ranem do domu, na kacu maluje wschody słońca nad Krakowem. Czasem zdarza mu się namalować portret, za portrecistę jednak uznawany być nie chce. Ale sięga też po tematy doniosłe – polską historię, holokaust, Polaków jako świadków i uczestników wydarzeń w przeszłości. W ten sposób w oczach wielu staje się stricte „polskim artystą”, „Wielkim Polakiem, który porusza temat zagłady Żydów” i spełnia swój „historyczny obowiązek”, jak stwierdziła Kazimiera Szczuka podczas dyskusji w Zachęcie towarzyszącej publikacji „Przewodnika po Sasnalu”. I tak „młody, zdolny człowiek, który na temat holokaustu ma coś do powiedzenia” strzela kolejne gole. Jeden zero dla Sasnala, dwa zero dla Sasnala. Rośnie euforia na trybunach. Co na to „młody, zdolny człowiek”? Nie skacze bynajmniej z radości. Pali się ze wstydu. O co chodzi w tym meczu?

Odbiorca malarstwa Sasnala napotyka istotną barierę. Odwiedzający wystawę w Zachęcie Polak staje wobec zestawu różnorodnych płócien: realistycznych scen, portretów o zamazanych twarzach, pejzaży (ze sztafażem lub bez), abstrakcji. Obrazy mogą mu przypaść do gustu lub nie. Nieco zdezorientowany z pewnością poszuka podpowiedzi w tytułach. Okaże się wówczas, że esy-floresy to inspiracje rysunkami Andersena, kobieta z zamazaną twarzą to tłumaczka z filmu „Shoah”, a geometryczne wzory pochodzą z komiksu Arta Spiegelmana „Maus”. Jedynie w niewielkim portrecie świni Polak rozpozna samego siebie i część poczucia wstydu artysty udzieli się też jemu.

Wydaje się, że większość obrazów Sasnala domaga się specyficznej legendy. (I nie dotyczy to tylko dzieci, które Zachęta zaopatrzyła w pouczający przewodnik po wystawie.) Co więcej, tylko artysta może ją nam udostępnić. Nie jest to bowiem problem posiadania lub braku wiedzy, przeczytania lub nie komiksu, obejrzenia czy nieobejrzenia danego filmu. Sasnal nie odnosi się do nich, lecz wybiera pojedyncze sceny czy motywy, potem przekształca je tak, że zazwyczaj przestają być rozpoznawalne. Nie przestają być jednak ważne dla interpretacji. Dla obrazów Sasnala jego inspiracje są kluczowe, nie wiedząc o nich, jego płótna można rozpatrywać jedynie w kategoriach archaiczno-estetycznych, okiem znawcy stwierdzać, że to „naprawdę dobry obraz”, tudzież „zwykły bohomaz”. Można oczywiście powiedzieć za Žižkiem, że wskazują one na „ontologiczną niekompletność samej rzeczywistości” (czym zdaniem Sierakowskiego twórczość Sasnala ma się wpisywać we współczesną myśl lewicową). Jednak by się tej niekompletności domyślić, najpierw sam Sasnal musi nam szepnąć do ucha, co poeta miał na myśli. Staje się wręcz niezbędny, by móc poruszać się w niejasnej materii jego malarstwa. Sasnal jest twórcą i jedynym dyspozytorem tej dopełniającej artefakty wiedzy. Bez niej jego obrazy pozostałyby nie „ontologicznie niekompletne”, lecz pustawe. Artysta bowiem z szerokich faktów kulturowych (film, literatura, pamięć) czyni wydarzenia o naturze niemal wyłącznie (auto)biograficznej (zobaczyłem, przeczytałem, zawstydziłem się). Artysta twierdzi, że stara się „demitologizować pozycję artysty jako natchnionego pięknoducha” (rozmowa z Maciejem Mazurkiem). Tymczasem jego dzieła nie wystarczają, potrzebny jest jeszcze on sam.

Na zakończenie konferencji „Awangarda w bloku” (październik 2007) Artur Żmijewski w kontrze do historii Edwarda Krasińskiego i Henryka Stażewskiego, ich kawiarnianego trybu życia, twierdził, że dzisiaj artysta to zawód przemysłu kulturowego, dostarczyciel usług, że nie jest w stanie wytworzyć własnej legendy. Czy tego nie robi jednak Sasnal? Przecież to on jest w centrum swojej sztuki, a razem z nim jego rodzina, lektury, muzyka, której słucha, jego filmy z wakacji. Dlaczego więc aż tak go dziwi (i wstydzi), że traktuje się go jak gwiazdę?

Podczas grudniowej dyskusji-meczu w Zachęcie Sasnala chwalono głównie za zajęcie się tematem holokaustu, wskazywanie na „problematyczność możliwości zbliżenia”. Sam artysta wstydził się oczywiście za wszystkich. Dlaczego grona apologetów nie znaleźli też inni artyści? Dlaczego ich nie okrzykuje się Wielkimi Polakami? Dlaczego Artur Żmijewski, Rafał Jakubowicz czy Joanna Rajkowska mogą pozostać po prostu artystami, a nie Wielkimi Polakami? Dlaczego o aliansie Sasnala z „Krytyką Polityczną” (przywodzącym na myśl związek Marilyn Monroe i Arthura Millera) mówi się głośniej i częściej niż o aliansie Żmijewskiego? Przecież filmy Żmijewskiego („Berek”, „Pielgrzymka”) czy palma Rajkowskiej w o wiele większym stopniu dotyczą Polaków niż obrazy Sasnala (ten jednak w odróżnieniu od nich mówi, że wstydzi się jako Polak). Być może ich sztuka nie potrzebuje takiej podkładki, obędą się bez takiej etykiety. A może nawet takiej etykiety przyłożyć im nie wypada. Problem leży jednak gdzie indziej. Jakby się Sasnal nie bił w piersi za swój naród, w przeciwieństwie do filmów Żmijewskiego czy książek Grossa jego obrazy podawane są z żelem, wchodzą gładko i bezboleśnie. To on cierpi i wstydzi się za miliony, pochyla się nad potrzebującym, płacze nad losem geja-kowboja. A imię jego Czterdzieści i Cztery, alleluja. Inni mogą się już bez stresu poddać kontemplacji jego obrazów. Te nie tracą bowiem charakteru estetycznych obiektów (jeśli nie luksusowych produktów, nawet jeśli na służbie lewicowego dyskursu). Jako pop-fantazmat Sasnal zaspokaja vouyerystyczne potrzeby widza reality show, jako malarz - oczekiwania przeciętnego odbiorcy sztuki, posługującego się ogólnie przyjętymi pojęciami na temat tego, czym sztuka jest i być powinna. W bogatej twórczości malarza kolekcjoner może wybierać, czy woli nad kanapą widok „pijanego” Krakowa, czy wyrzuty sumienia przedstawiciela antysemickiego narodu.